“Nie jestem dobrą matką… Za mało czasu spędzam z dziećmi… Ciągle się spieszę… Stresuję je… Wpadam w złość bez powodu… Zdarza mi się, że wyładowuje się na nich… Gdyby tak mogły zniknąć na kilka dni… Jak ja w ogóle mogę tak myśleć… Chyba nie zostałam stworzona do bycia matką… To wszystko mnie przerasta… Byłoby im lepiej beze mnie…”

Kto z nas nigdy nie miał podobnych myśli? Komu obce jest poczucie winy w stosunku do własnych dzieci? Na pewno niewielu z nas. A przecież jest na to sposób. I to prostszy niż by się mogło wydawać.

Ale wszystko po kolei. 

 Poczucie winy od samego początku

Niektóre mamy mają poczucie winy, zanim jeszcze dziecko przyjdzie na świat.

Bo nie odczuwają nieustannej radości z perspektywy zostania matką.

Mają chwile zwątpienia.

Zadają sobie pytanie, czy na pewno jest to odpowiedni moment.

Albo czy w ogóle mają ochotę na dziecko. (A potem robią sobie wyrzuty z powodu własnych przemyśleń.)

Inne nie lubią być w ciąży. Czują się ciężkie, nieatrakcyjne i jedyne, czego pragną, to żeby ten okres już się skończył.

A potem jest jeszcze gorzej.

Kiedy wreszcie dziecko przyjdzie na świat, nie odczuwają do niego ogromu miłości, o której wszyscy im opowiadali. Mają trudności z przywiązaniem się do tej małej istoty, która jedynie płacze, je i śpi.

Niektóre mamy nie chcą karmić piersią. Ale rodzina nalega, że to lepiej dla dziecka.

Inne nie znoszą jego płaczu.

Albo chciałyby wyjechać jak najdalej. Uciec, żeby w końcu mieć spokój. Żeby było tak, jak wcześniej. Zanim to wszystko się zaczęło

Wszechobecne rady i oceny

Następnie, a pojawia się kwestia rad i oceń otoczenia. Mama, teściowa, starsza siostra, przyjaciółki, znajome, ciotka, sąsiadka, każda wie lepiej. Lepiej od poprzedniej, ale przede wszystkim lepiej od nas.

Czujemy się jak kompletne zera.

I wszystko robimy nie tak, jak trzeba. Ciągle nam to powtarzają.

Dziecko powinno spać na plecach. Nie, lepiej, żeby spało na boku. Za moich czasów dzieci spały na brzuchu.

Niech się wypłacze. Od razu wziąć je na ręce i przytulić. Niech zaczeka kilka minut, zanim do niego przyjedziesz.

W ciągu dnia ma leżeć w foteliku. W łóżeczku. Powinno mieć jak najwięcej przestrzeni, na materacu na podłodze.

Spać razem z rodzicami. Obok łóżka rodziców. W swoim pokoju.

A potem jest jeszcze gorzej.

Sposób ubierania, karmienia, reagowania na płacz, na złość, na „nieodpowiednie” zachowania dzieci.

Im więcej możliwości reakcji, opcji, codziennych sytuacji, tym więcej rad, krytyk, oczekiwań ze strony dobrze życzących nam osób.

Niekończąca się presja.

Dobry rodzic

I jak tu poczuć się na wysokości zadania? Kiedy wokół nas tyle doskonałych przykładów spełnionych, szczęśliwych i zawsze wiedzących co robić mam. Zadbanych, uśmiechniętych, spokojnych, zrównoważonych i wypoczętych mam.

Jak być dobrym rodzicem? Dobrą mamą? Taką, jakiej nasze dziecko potrzebuje?

Tylko jaka jest nasza wizja „bycia dobrym rodzicem”? Kto jest jej autorem? My, czy otaczające nas osoby? Które sprawiają, że nasze poczucie wartości jako rodzic spada do zera? Że wciąż porównujemy się do innych? I z każdym porównaniem jest coraz gorzej…

Nie jestem i nie chcę być doskonała

A gdyby tak po prostu przyznać, że nie jestem doskonała i nigdy nie będę? I nawet nie zamierzam, ani nie chciałabym, bo to nie byłabym ja. Jestem, jaka jestem i robię najlepiej, jak mogę. Najlepiej, jak potrafię, biorąc pod uwagę moją osobowość, moje możliwości, moje własne wychowanie i inne doświadczenia, które mnie ukształtowały.

Przyznanie, że nie jest się doskonałym, uzmysławia nam, że przecież mamy prawo do błędów.

To pierwszy krok do zaakceptowania samej siebie.

Oczywiście w żaden sposób nie zmienia to faktu, że nadal staram się robić jak najlepiej. Ale w miarę moich własnych możliwości. Patrząc na nie realistycznie.

Moich własnych możliwości, a nie jakiś tam standardów wyznaczonych przez te, które „zawsze robią i wiedzą lepiej”.

Pozwalam sobie na wątpliwości, na zadawanie pytań, szukanie odpowiedzi, zmianę zdania, liczne próby i testowanie nowych pomysłów.

Tworząc blog „Wychowanie to przygoda”, pragnęłam dzielić się z innymi Mamami naszymi doświadczeniami, próbami i  przedsięwzięciami w oparciu o to, czego dowiedziałam się na temat edukacji z różnorakich źródeł. Żebyście mogły tu znaleźć pomysły na niektóre kłopotliwe sytuacje, a także informacje o potrzebach i funkcjonowaniu dzieci. Szczególnie dla Mam, które nie mają czasu (albo ochoty) na regularną lekturę książek naukowych, popularnonaukowych czy poradników.

 Problem rad

Moim celem nie jest i nigdy nie było dawanie rad, bo sama idea „rady” jest według mnie pejoratywna. Nawet więcej, dawanie komuś rad sprowadza się do traktowania go w sposób protekcjonalny. Parafrazując Isabelle Filliozat: kim ja jestem, ja Ania, żeby dawać Tobie, Kasi, Oli, czy Małgosi, rady? Dlaczego ja miałabym wiedzieć lepiej od Ciebie? Jedyne, co mogę, to przekazać Wam informacje, które nabyłam. Albo opowiedzieć o moim własnym doświadczeniu, z którego możecie wyciągnąć istotne dla Was wnioski. I tylko tyle. Dlatego też, jeśli w którymś momencie jakikolwiek artykuł z blogu pogłębił Wasze poczucie winy, na pewno nie było to moją intencją. Zdarza się też, że, chcąc nie chcąc, przyswajamy informacje i automatycznie odnosimy je do siebie. I paf, pojawia się „Nie jestem dobrą matką. I nigdy nie będę…”  

 Błędne koło

Takie błędne koło, z którego trudno jest nam wyjść. Chyba, że w końcu odważę się przyznać przed samą sobą, że nie jestem doskonała. Nigdy nie będę i nawet nie chciałabym być. Bo doskonałość jest nudna i mało inspirująca. I od razu czuję się lepiej. Ja Ania. Może także Ty, Agata, Iza i Karolina?

Jeżeli miałybyście ochotę podzielić się z nami Waszymi refleksjami, serdecznie Was do tego zapraszam, poniżej w komentarzach artykułu