Czy i Wam zdarza się, że Wasze dziecko nie chce robić tego, o co je prosicie? Że odmawia, bo jest zajęte, nie ma ochoty albo wynajduje tysiąc innych powodów, żeby nie spełnić Waszej prośby? Do tego stopnia, żeby kończy się na awanturze? Bo, czując się bezsilni, a jednocześnie przekonani o słuszności naszej prośby, dopuszczamy do kłótni. Chciałabym podzielić się z Wami naszym sposobem, dzięki któremu (często) udaje nam się sprawić, żeby sześcioletni Jasiek zrobił to, o co go prosimy. Umowa z dzieckiem jest prostą metodą, która pasuje do większości sytuacji. Bardzo często pozwala nam uniknąć awantury. Kiedy Jasiek nie ma ochoty na zrobienie tego, o co go prosimy, na ogół sprawia, że wykonuje to, na czym nam zależy.

Przyczyny odmowy

Dlaczego Jasiek odmawia, kiedy go o coś prosimy? Na ogół jest wtedy czymś zajęty i nie ma ochoty przerwać wykonywanego zajęcia. (Dzieci najczęściej są czymś zajęte. Rzadko zdarza się, żeby były całkowicie dyspozycyjne i tylko czekały na okazję, żeby coś dla nas zrobić:).) Przykładem są sytuacje, kiedy wspólnie nakrywamy do stołu. Albo kiedy rano trzeba umyć zęby przed wyjściem do szkoły, czy przygotować się wieczorem do spania. Pamiętam okres, gdy dość trudno było nam zachęcić / zmusić Jaśka do wymienionych (oraz innych jeszcze) czynności. Albo trwało to bardzo długo, albo kończyło się na awanturze. W obydwu przypadkach było to nieprzyjemne dla wszystkich, męczące i marnowało sporo naszego czasu. A i tak kończyło się na tym, że Jasiek robił to, czego się od niego wymagało, bo nie miał wyboru.

Wciąż się to zdarza, ale nie przybiera niebotycznych proporcji. Albo może ja jestem bardziej wyrozumiała? (No, chyba, że się spieszę, bo się spóźnimy do szkoły, na zajęcia sportowe, na samolot, na pociąg…) Bo bycie mamą wymaga ode mnie dużej pracy nad samą sobą. I tym lepiej, udoskonalam się:).

Na miejscu dziecka…

Żeby temu zapobiec i rozluźnić trochę atmosferę w domu, zaczęłam szukać innych sposobów na uzyskanie współpracy Jaśka. Postanowiłam postawić się na jego miejscu: dlaczego Jasiek odmawia zrobienia tego, o co go prosimy? (Wychodzę z założenia, że nie chodzi o kaprys, ale o jakąś potrzebę, którą próbuje zaspokoić.) Bo jest zajęty, a my zmuszamy go do przerwania zajęcia, które najwyraźniej sprawia mu przyjemność. Kluczowe słowa: zmuszamy, przerwać, przyjemność. Stąd wziął się pomysł swego rodzaju kontraktu z Jaśkiem, czyli umowa z dzieckiem. Można też mówić o kompromisie: razem zgadzamy się warunki: kto, jak, kiedy. Nie ma wygranej, ani przegranej, bo wspólnie dochodzimy do porozumienia.

Jako człowiek (już nie mama), doskonale rozumiem, że Jasiek ma swoje życie i ważne rzeczy do zrobienia. Podobnie jak ja. Kiedy coś zacznę, nie lubię, kiedy ktoś karze mi robić coś innego. W dodatku jest to prawie zawsze mniej przyjemne albo istotne (dla mnie) niż to, co właśnie robię.

Umowa z dzieckiem: instrukcja obsługi

Proponuję Wam dwa sposoby, których w domu używamy, i które na ogół okazują się skuteczne. Pierwszym z nich jest pozwolenie dziecku skończenie tego, co zaczął. (Pod warunkiem, że nie zajmie mu to więcej niż pięć minut.) Pięć minut przed momentem, kiedy mam ono nakryć do stołu / umyć zęby / pójść się myć / ubrać się, uprzedzamy je, że zostało mu pięć minut na skończenie, a następnie będzie czas na to, co zaplanowaliśmy. Drugim sposobem jest poinformowanie dziecka, że zostało mu pięć minut i że włączamy stoper. Dzięki niemu będzie wiedział, kiedy ten czas minie. Następnie zrobi to, o co je prosimy.

Nie żeby miał chodzić, jak w zegarku, ale żeby zrozumiał upływ czasu. Na razie czas jest jeszcze dla Jaśka dość abstrakcyjnym pojęciem. Jak pewnie dla większości z nas.

 Warunki sukcesu

Żeby nasza metoda zadziałała, muszą być spełnione trzy warunki. My zawsze wyjaśniamy, dlaczego oczekujemy, że zrobi to, o co go prosimy. Na ogół są to proste wyjaśnienia, typu: jest czas na kolację, należy położyć się spać, bo jutro rano wstajemy, wychodzimy do szkoły, więc trzeba umyć zęby, założyć buty… Następnie, chcemy, żeby Jasiek miał świadomość, że rozumiemy jego potrzebę i ochotę na kontynuowanie tego, co zaczął. Dlatego właśnie dajemy mu okazję dokończenia zajęcia. Najważniejsze jest jednak, żeby zgodził się na naszą propozycję, bo jest ona korzystna zarówno dla niego, jak i dla nas. Tak jak w każdym kontrakcie, umowa z dzieckiem powinna być zatwierdzona przez obie strony. Najlepiej przebiciem piątki, albo uściskiem dłoni.

Nigdy nie byłam zbytnio komercyjną osobą, ale ekonomia jest nauką, więc dlaczego nie. Jeśli może to przynieść nam obustronne zyski 🙂

 Korzyści naszej metody

Wybrałam tę metodę z powodu kilku powodów (oprócz tego, że jest dość skuteczna). Po pierwsze pozwala ona Jaśkowi uniknąć niepotrzebnej frustracji: może dokończyć swoje zajęcie (w granicach rozsądku). Po drugie traktujemy Jaśka jak osobę odpowiedzialną, która zgadza się na proponowane warunki i dotrzymuje słowa. (Może nawet wybrać, czy używamy stopera, czy nie, co sprawia, że bierze udział w decyzji.) Następnie okazujemy mu szacunek: jemu i czynności, którą wykonuje. Jeżeli jest ona dla niego ważna, dla nas także ma znaczenie, i Jasiek to widzi. Na koniec, ta metoda zachęca dziecko do kończenia tego, co zaczął. Powinno to zaowocować w przyszłości angażowaniem się w projekty i doprowadzaniem ich do końca.

Nasza metoda przypomina także dziecku, że to my jesteśmy rodzicami, i że to my decydujemy o zasadach w domu. Dowodem na to jest fakt, że dziecko robi to, o co go prosimy. Jednocześnie świadomość, że „jest pilot w samolocie” (czyli my), daje poczucie dziecku bezpieczeństwa i pozwala wypełniać jego rolę dziecka.

Kwestia przyswojenia zasad

Umowa z dzieckiem, która dość często stosujemy w relacjach z Jaśkiem, na ogół okazuje się skuteczna. Nie zawsze, bo wiele zależy także od kontekstu: od humoru Jaśka, od naszej cierpliwości, od czasu, którym dysponujemy… A jeśli nie? Prawdopodobnie jak w każdej rodzinie, czasami kończy się na obrażaniu, awanturze, złości, czy zwyklej bezsilności. Jednak w miarę stosowania jej, coraz rzadziej spotykamy się z twardą odmową ze strony Jaśka. Tak więc wszystko jest kwestią przyzwyczajenia i przyswojenia zasad funkcjonowania w rodzinie. 

Dla większej klarowności: nie chodzi o żadne negocjacje, ani przekupywanie dziecka. Nie cierpię, jak ktoś mówi: „I co teraz? Negocjujemy?” Nie, bo nie jest to coś za coś, ale o nauczanie dziecka odpowiedzialności. My widzimy to jako wzięcie pod uwagę potrzeb Jaśka i przypomnienie mu o naszych. W ten sposób dochodzimy do porozumienia. Na (prawie) równej stopie. Podpisano: Matka Idealistka.

 

A do jakich strategii Wy się uciekacie, żeby dziecko spełniło to, o co je prosicie? Czy często kończy się na awanturze? (Mam nadzieję, że nie:).) Podzielcie się z nami Waszymi doświadczeniami na ten temat, jestem ich bardzo ciekawa.