Czy słyszeliście o koncepcie Marii Montessori: „inteligencja miłości”? Pochodzi z książki „Sekret dzieciństwa” i doskonale przedstawia sposób, w jaki dziecko poznaje otaczający je świat. Chciałabym się nim z Wami podzielić, bo wydaje mi się, że może nakłonić do zbogacającej i owocnej refleksji na temat intencji dziecka w różnych codziennych i banalnych dla nas zachowaniach. Mam nadzieję, że i Was zainspiruje. (Oprócz tego, że książka stanowi doskonałe wprowadzenie do Metody Montessori: wyjaśnia podstawy i światopogląd autorki, opierające się na szacunku osobowości każdego dziecka.)

Na czym polega inteligencja miłości?

Dla Marii Montessori „inteligencja miłości”, to odczuwana przez dziecko miłość atmosfery/ otoczenia. Coś, co sprawia, że podczas okresów wrażliwych, lgnie ono do otaczających je istot i przedmiotów. (Okresy wrażliwe to momenty rozwoju, kiedy dziecko posiada największe możliwości chłonności i przyswajania nowych umiejętności.) Jakby przepełniało je silne i pozytywne uczucie do widzianej wokół inteligencji. Dziecko odpowiada na nią, absorbując jej potencjał i w ten sposób kształtuje się i rozwija swoje zdolności. Inteligencja miłości przejawia się w momentach, kiedy dziecko coś obserwuje skupione, kiedy odkrywa to, co je otacza, kiedy analizuje szczegóły wokół niego. Na ogół są to rzeczy, na które my, dorośli, często nie zwracamy uwagi, bo uważamy je za codzienność. A już na pewno nie z taką dokładnością, jak dzieci, bo zapewne brakuje nam inteligencji miłości opisanej przez Marię Montessori.

Dorośli postrzegają zachwyt dziecka wobec otoczenia jako radość życia, żywotność, czy ciekawość świata. Ale nie myślą o nim jako o formie miłości czyli o duchowej energii, o pięknie moralnym, które towarzyszy procesowi tworzenia.   

Rodzic jako obiekt miłości

Dziecko postrzega dorosłego również jako obiekt miłości. Dlaczego? Bo dorosły jest dla dziecka istotą nadzwyczajną. Po pierwsze, dziecko otrzymuje od niego różnorakie przedmioty, dzięki którym może się uczyć i poznawać świat. Po drugie dorosły potrafi mówić. Słowa wydobywające się z jego ust pomogą dziecku rozwijać się i używać języka. Następnie dorosły, poprzez swoje zachowanie, pokazuje dziecku, w jaki sposób działa świat i funkcjonują ludzie. Jest więc dla niego ogromnym źródłem wiedzy. Ta wiedza nie tylko dziecko fascynuje, ale także wpływa na jego rozwój i przyszłe postępowanie wobec innych osób i otaczającej je rzeczywistości.   

 Potrzeba nauczyciela miłości

Niestety, pisze Maria Montessori, dziecku brakuje nauczyciela miłości. Kogoś, kto obdarzony tak jak ono „inteligencją miłości”, mógłby nauczyć je kochać. Bo nikt dziecku nie mówi „Nauczyciel / dorosły lubi dzieci”, albo „Trzeba nauczyć się kochać ludzi, kwiaty, zwierzęta, świat…” Jest to najprawdopodobniej rola rodzica, ale nie każdy rodzic jest do tego zdolny. Szczególnie jeśli rodzic odrzuca dziecko przy najmniejszym „nieodpowiednim zachowaniu”, albo robi wszystko, żeby spędzać z nim jak najmniej czasu. Nie dotyczy to oczywiście wszystkich rodziców, ale dużej ich części, którzy (tak, to się jeszcze dzisiaj zdarza) postrzegają dzieci jako ciężar i obowiązek. Dlatego tak ważne wydaje mi się świadomość roli, która nam, rodzicom, przypada w wychowaniu następnego pokolenia.

 Miłość dziecka do rodziców

Według Marii Montessori, miłość dziecka do dorosłych, do osób opiekujących się nim, przejawia się w nieustannych prośbach o uwagę. Nie tylko „spójrz na mnie”, ale także „chcę być obok ciebie”. Dziecko kocha rodzica i żeby tę miłość zrealizować, potrzebuje jego obecności. Kiedy dziecko nie potrafi jeszcze mówić, wzywa rodzica płaczem. Potem, kiedy staje się bardziej niezależne, drepcze za nim, kiedy rodzic udaje się do innego pomieszczenia. Często wystarczy dziecku, że po prostu przy nim jest, patrzy na niego i obserwuje. Obserwuje obiekt swojej miłości, jak pisze Maria Montessori. I to mu do szczęścia (na razie) wystarczy.

 Reakcja rodzica

A rodzic? Jak zachowuje się rodzic wobec tej miłości? Często (nie zawsze) odczytuje prośby dziecka o uwagę jako kaprysy. Tym bardziej, że zdarza się, że zakłócają one jego spokój, albo przerywają w wykonywanej właśnie czynności. Ale dla dziecka jest to sposób wyrażania potrzeby naszej obecności, naszej uwagi, naszej miłości. To raczej przyjemne, że ktoś nas potrzebuje, że jesteśmy dla kogoś ważni. Nawet bardziej niż ważni, na początku jesteśmy całym jego światem! I nawet, kiedy rano nas budzi, woła, czy przychodzi do naszego łóżka, to nie po to, żeby nam zrobić na złość, ale żeby być blisko nas. Taka miłość dziecka wydaje mi się dla rodzica wielką odpowiedzialnością. Czasami zadaję sobie pytanie, czym sobie na nią zasłużyłam? Żeby syn kochał mnie bezwarunkowo, jakakolwiek bym nie była, tylko dlatego, że jestem jego mamą… I w jaki sposób ja tę miłość przyjmuję? Szczególnie, że to nie on prosił się na świat, to ja go tutaj sprowadziłam. Takiej miłości, podkreśla Maria Montessori, nie zaznamy już nigdy, od nikogo.

Przebudźmy się!

Maria Montessori przypomina nam, że czas mija. Że może są momenty, kiedy miłość dziecka, jego potrzeba obecności i uwagi nam nie odpowiada. Jesteśmy zajęci, zmęczeni, mamy na głowie tysiąc innych spraw. Tylko, że któregoś dnia, dziecko przestanie być dzieckiem i nie będzie już nas potrzebować. A my, bardzo możliwe, że zatęsknimy za chwilami, kiedy mogliśmy wziąć je na ręce, poczytać mu książkę, poukładać razem klocki. Te chwile to teraz. Nie prześpijmy ich. Obudźcie się, pisze Maria Montessori. Żeby lepiej żyć, żeby poczuć, jak miłość nas dotyka, żeby dzięki dzieciom, zachować naszą ludzką wrażliwość.

Pomimo faktu, że książka Marii Montessori pochodzi z 1936 roku i niektóre elementy mogą okazać się mniej aktualne, powyższa refleksja wydaje mi się wciąż ciekawa i jak najbardziej na czasie. Zachęca bowiem do krytycznego spojrzenia na własny stosunek do dzieci i… do rozważenia własnych priorytetów.

Co myślicie o „inteligencji miłości”? Jak postrzegacie odkrywanie świata przez dziecka? A jego stosunek do Was, rodziców? Podzielcie się nimi z nami Waszymi przemyśleniami na ten temat.