„Szkoła w domu”, którą praktykujemy już od ponad miesiąca, skłoniła mnie do pewnej refleksji. O tym, że błędy są potrzebne, a my najczęściej o tym zapominamy. W procesie nauki skupiamy się bowiem głównie na celu, tak jakby środek, który do niego wiedzie, nie miał znaczenia. Jakby nie odgrywał roli w osiągnięciu wyznaczonego zadania. A jeśli tym środkiem są błędy, to uważamy je za zło konieczne. A przecież jest zupełnie odwrotnie. I nie dotyczy to jedynie nauki. Bo przecież jakże często zdarza się, że droga, która przemierzamy, żeby dokądś dojść, wzbogaca nas i przynosi nam więcej korzyści niż sam cel.

Błędy a proces nauki

Czy pamiętacie, jak to było w szkole? I wydaje mi się, że nadal tak jest. Kiedy uczeń popełnia błąd, dostaje naganę albo krytykę. Bo popełnił błąd. Dlatego, że liczy się osiągnięcie celu, a celem było znalezienie poprawnej odpowiedzi na zadanie, czego uczniowi się nie udało dokonać. Przez bardzo długo bowiem „błąd” nie był uznawany za godny uwagi element procesu nauczania. Mam wrażenie, że pomału się to zmienia, niestety nie we wszystkich szkołach, nie na wszystkich poziomach.

A czy nie mówi się, że najlepiej uczymy się na własnych błędach? „Własnych”, bo dotyczą nas samych, co oznacza, że odczuwamy na sobie ich skutki. „Błędach”, bo zapadają nam w pamięć i zniechęcają do powtarzania ich. Ponadto, po popełnieniu błędu, jako że nasz cel pozostaje niezmieniony, staramy się po raz kolejny znaleźć rozwiązanie danego zadania. I tym razem, próbujemy innego sposobu i w końcu nam się udaje. Dlatego też błąd może być wspaniałym środkiem edukacyjnym dla nauczycieli. Pozwala on bowiem wesprzeć dziecko w swego rodzaju „rekonstrukcji” procesu rozumowania, ale tym razem w poprawnym kierunku.

Waloryzowanie błędów motywuje do wytrwałości w dążeniu do celu. Dzięki temu nie poddajemy się przy pierwszej trudności czy porażce, ale kontynuujemy przekonani, że w końcu nam się uda.

Z dziecięcego życia wzięte

Czy potrzebujemy dowodu na to, jak skutecznie uczymy się na błędach? Oto przykład z życia wzięty, który każdy na pewno zna. Po oparzeniu się drzwiami piekarnika dziecko będzie wiedziało (bo się nauczyło), że nie wolno zbliżać ręki do kuchenki. I już więcej nie zbliży, bo zapamięta, co mu się wcześniej przydarzyło.

Czytałam, że nie wszystkie dzieci są równie wrażliwe na dydaktyczny aspekt błędu. Niektóre uczą się na własnych błędach szybciej niż inne.

Niedawne badania zdają się potwierdzać czynniki genetyczne, które tę różnicę mogą wyjaśnić. Zdolność uczenia się na błędach zależy od genu kodujący receptor dopaminy D2. Jest on odpowiedzialny za produkcję cząsteczki, która, wydaje się, jest syntetyzowana w mniejszych ilościach u osób niezdolnych do uczenia się na własnych błędach. (Naukowcy odkryli także, że ta „niekorzystna” forma genu jest odpowiedzialna za zachowania uzależniające, takie jak alkoholizm lub zażywanie narkotyków. To dodatkowe utrudnienie genetyczne uniemożliwia tym osobom uświadomienie sobie konsekwencji własnych działań i zaradzenie im w bardziej odpowiedni sposób.)

Nasze domowe doświadczanie

Ale dlaczego piszę o błędach i ich znaczeniu w kontekście szkoły w domu? Wspierając Jaśka w nauce, to znaczy tłumacząc mu matematykę i pisownię niektórych wyrazów, zauważyłam, że pomyłki powodują u niego frustrację, niezadowolenie i zniechęcenie. A przecież „Nie od razu Rzym zbudowano”. Próbuję go o tym przekonać. Mówię o mojej nauce, w szkole i nie tylko. O tym, ile razy się pomyliłam, zanim nauczyłam się na pamięć wiersza o Warszawie, zanim zaczęłam poprawnie pisać po francusku, zanim zrozumiałam całki. Ile razy upadłam, zanim nauczyłam się jeździć na rowerze, ile razy napiłam się wody, zanim przepłynęłam crawlem cały basen. Trochę go to podniosło na duchu. Pragnę go przekonać: to nic nie szkodzi, że się pomyliłeś, to znaczy, że próbujesz i że się starasz. Pomylisz się dwa razy, a potem już więcej nie, bo zrozumiesz, jak to obliczyć. Właśnie w ten sposób się uczymy. Gdybyśmy wszystko od razu umieli, to nie byłoby ciekawie. A przecież lubimy wyzwania, bo dają nam nowe możliwości. I jak duża jest przyjemność, kiedy dobrze je wykonamy.

Bo błędy są potrzebne

Czy Was przekonałam, że błędy są potrzebne? I korzystne? Jako naturalny element nauki? Akceptujmy je i nie karćmy za ich popełnianie. Podobnie jak porażki, przyjmujmy błędy jako lekcje, dzięki którym, my i nasze dzieci, uczymy się  i doskonalimy. Bo błędy otwierają przed nami nowe możliwości rozwiązań, a tym samym rozwijają kreatywność i wyobraźnię. Oprócz wspomnianej już wytrwałości i samozaparcia. I pewien sposób, pomagają uwierzyć we własne możliwości, kiedy w końcu odnajdujemy właściwą drogę i dochodzimy do celu.

A jak Wy reagujecie na błędy? A Wasze dzieci? Co myślicie o błędach jako niezbędnego elementu nauki? Jeżeli mielibyście ochotę podzielić się z nami Waszymi refleksjami, serdecznie Was do tego zapraszam, poniżej w komentarzach artykułu

[gs-fb-comments]